Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia
Czytelnia

Z własnej woli, Małgorzata Maresz

Niebieska Linia, nr 5 / 2003

Zofia, emerytowana bibliotekarka, zdecydowała, że pójdzie do domu spokojnej starości, gdy już nie miała siły mieszkać z synem, który pił.

Gdy przyszłam, spotkanie już się rozpoczęło. Przy biało nakrytych stolikach siedzieli odświętnie ubrani pensjonariusze, a przed nimi piętrzyły się pełne smakołyków półmiski i talerze. Na poczesnym miejscu stał stół dla personelu, przy nim kilka wolnych miejsc - dla zaproszonych oficjeli z miasta i dzielnicy, którzy może jeszcze dopiszą.

Wzniesiono toasty. Pani dyrektor wystąpiła z krótkim, serdecznym przemówieniem. Po korytarzu dreptała niespokojnie staruszka w różowej czapce na głowie. "Pani Jadziu, mówiłam już, że nie może pani tam wejść, bo jest pani źle ubrana". Ofuknięta staruszka wycofała się. Podeszłam do niej: płakała cichutko w kołnierz szafirowego dresu. Wyglądała schludnie i czysto. "Czy pani Jadzia nie mogłaby usiąść tam w kąciku?" "No, co pani, przecież to uroczystość, a ona za nic nie chce się przebrać. Wie pani...", i tu nastąpił wymowny ruch ręką koło głowy.

Zofia, emerytowana bibliotekarka, zdecydowała, że pójdzie do domu spokojnej starości, gdy już nie miała siły mieszkać z synem, który pił. Przez pierwsze dwa lata wszystko układało się bardzo dobrze. Trafiła do pokoju, w którym mieszkała pani Wiesia - była pielęgniarka. Wiesia skończyła 80 lat i zbuntowała się: nie chciała dłużej obsługiwać dorastających wnuków.

Było im we dwie jak u Pana Boga za piecem: opowiadały sobie historie z młodości, lubiły te same seriale w telewizji, umiały też milczeć i nie przeszkadzać sobie nawzajem. Z wyrozumiałością traktowały swoje pasje: Zofia akceptowała słabość Wiesi do karmienia wszystkiego, co żyje, a Wiesia przyzwyczaiła się do słuchania przez Zosię książek na kasetach. Obie lubiły też zabawy i wycieczki organizowane przez dom.

Po dwóch latach zjawił się jednak syn Wiesi i opowiedział o długach, których nie spłaci, jeśli mama nie zamieszka z nimi z powrotem i nie pomoże finansowo (obiecał oczywiście, że o żadnym obsługiwaniu wnuków nie będzie mowy). Wiesia się złamała - poszła na próbę, i została. Dla Zofii zaczął się tułaczy los. Mieszkała kolejno z panią Rutą, Lonią, Bronią i Tomirą. Tomira - ziemianka z Podola, miała zwyczaj zasłaniać w dzień kotarę w oknie, wyznaczała godziny, w jakich można oglądać telewizję i udawała, że nie słyszy, gdy się do niej mówiło. Zofia uciekła do Marianny - byłej nauczycielki, kobiety o gołębim sercu, ale cierpiącej na demencję. Personel domu dziwił się, że takie towarzystwo odpowiada Zofii, ale ona była naprawdę szczęśliwa. Nikt nie zapalał światła w środku nocy, nie miał pretensji, że chrapie, nie zmuszał do słuchania monologów pełnych żalu do świata.

Sytuacja znowu się zmieniła, gdy pojawił się pan Henryk. Mężczyzna zamieszkał na piętrze przeznaczonym dla osób niedołężnych, gdyż mieszkańcy z piętra dla bardziej sprawnych, napisali na niego skargę. Był alkoholikiem o mętnej przeszłości, plotki głosiły, że otarł się o kryminał. Miał zwyczaj wchodzić bez pukania do pokoju Zofii i Marianny, myszkować po szafach, dzielić się swoimi poglądami, które przetykał ulicznym slangiem. Dyrekcja rozkładała ręce. Pani Zofia postanowiła więc wziąć sprawy w swoje ręce i przenieść się do innego domu. Tylko jeden był taki, w którym każdy pensjonariusz miał własny pokój. W Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie nie robiono jej większych nadziei na rychłe załatwienie sprawy, ale po czterech miesiącach miejsce się znalazło. Pokój wprawdzie był wąski, ciemny i mieścił się na drugim piętrze bez windy, ale własny. Zofia była szczęśliwa. Nie zaniedbywała jednak starań o poprawę warunków i po blisko dwóch latach osiadła nareszcie w pokoiku na parterze, z małym ogródkiem i tarasikiem, na który wystawia w lecie rozkładany leżak. Syn odwiedza ją regularnie, jest zawsze trzeźwy. Choroba sprawiła, że przestał pić i otrzymał rentę inwalidzką. Nie potrzebuje więc stałego wsparcia finansowego i panią Zofię stać nawet na drobne szaleństwa.

W nowym domu z nikim specjalnie się nie zaprzyjaźniła, ale zaczęła występować w miejscowym zespole estradowym, który jest oczkiem w głowie pani dyrektor. Przygotowują zwykle trzy programy: na wiosnę, jesień i Boże Narodzenie. Zofia śpiewa w tym wiosennym:
"...zakochanym być i kochanym być i mieć wciąż pięćdziesiąt lat...".

Wygrywa każdy quiz z wiedzy o świecie. Dużo chodzi, rusza się, jest ciekawa świata mimo przytępionego słuchu i kłopotów ze wzrokiem. To ją trzyma w formie. Niestety, już dwa razy przewróciła się na ulicy.

Opieka lekarska? Jest taka jak wobec innych starych ludzi. Mieszkańcy, którzy są sprawni ruchowo, chodzą do poradni rejonowej za rogiem. Tam wdrapują się po stromych schodach na piętro, po czym wysupłują z plastikowej torebki wyniki badań. Gdy nie są alarmujące, pani doktor bada ciśnienie i przepisuje to samo. W ten sposób nikt się nie zainteresował, że pani Zofia, cierpiąca w poprzednim domu (sąsiadującym z parkiem) na ostre nieżyty oskrzeli na tle alergicznym, dawno już nie ma ataków kaszlu. Przez trzy lata zupełnie zbytecznie przyjmowała więc drogie leki przeciw astmie. Swoje pigułki, przygotowane w specjalnym pudełeczku, dostaje trzy razy dziennie. Nie wnika co to jest, ma zaufanie do pielęgniarki. Gdy nie może spać, albo serce jej kołacze, zawsze dostanie coś ekstra z apteczki. Dolegliwości starszych ludzi zwykle się lekceważy. To normalne, że boli, dusi, że słabo się czuje.

W swoje 80. urodziny oburzona pani Zofia opowiedziała mi, że niedawno rozmawiała z zakonnicą zajmującą się na co dzień działalnością charytatywną. Dyskutowały o trudnościach, jakie pojawiają się w tego typu pracy. Po pewnym czasie starsza pani usłyszała, jak zakonnica mówi do kuzynki pani Zofii: "Rozmawiałam właśnie z twoją ciocią - nawet nieźle kojarzy".

Pani Zofia - to moja mama.

M.M.

logo-z-napisem-białe