Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia

Czy przez leki psychiatryczne jesteśmy jeszcze bardziej chorzy?

Trzy lata temu w dość dramatyczny sposób uświadomiłem sobie przepaść dzielącą psychiatrię od innych, skuteczniejszych gałęzi medycyny. Mój 14-letni syn Mac grając z kolegami na podwórku doznał kontuzji, jego prawe ramię wykrzywiło się. Pojechałem z nim do lokalnego szpitala, gdzie chirurg natychmiast rozpoznał uraz: przemieszczenie łokcia. Podał doustnie znieczulenie miejscowe i kazał ustawić się na przenośnej maszynie rentgenowskiej. Maszyna pokazała przemieszczony łokieć i doktor patrząc na ekran szybko go naprostował.

Owładnięty wdzięcznością dla lekarza, prowadziłem mojego słaniającego się na nogach syna, gdy zadzwonił mój telefon. W słuchawce usłyszałem głos starego znajomego, którego nazwę Philem. Był właśnie w szpitalu psychiatrycznym w Nowym Jorku, gdzie przebywał jego 16-letni syn. Młodzieniec ten brał antydepresanty na depresję i nie po raz pierwszy groził popełnieniem samobójstwa. Lekarze zalecali terapię elektrowstrząsową. Wiedząc, że pisałem o tego rodzaju terapii i innych rodzajach leczenia psychiatrycznego, Phil spytał o moją opinię. Fakt, że Phil w tak ciężkiej sytuacji zadzwonił do mnie, zwykłego dziennikarza, mówi dużo o problemach współczesnej psychiatrii.

Pierwszy raz przyjrzałem się różnym sposobom leczenia 15 lat temu, gdy zbierałem materiały do artykułu dla „Scientific American”. W owym czasie sprzedaż nowego rodzaju antydepresantów, selektywnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI), stała bardzo wysoko. Pierwszy lek typu SSRI, prozac, szybko stał się najpowszechniej na świecie przepisywanym lekiem. Wielu psychiatrów, w szczególności Peter D. Kramer, autor bestsellera Listening to Prozac, reklamowało leki typu SSRI jako rewolucyjny krok naprzód w leczeniu zaburzeń umysłowych. Kramer często wypowiadał zdanie (które, mam nadzieję, obecnie go prześladuje), że prozac sprawia, że pacjenci czują się „lepiej niż dobrze”.

Próby kliniczne pokazywały jednak co innego. SSRI nie są skuteczniejsze od dwóch starszych klas antydepresantów, trójcyklicznych i inhibitorów monoaminooksydazy. Co było jeszcze bardziej zaskakujące dla mnie – mając na uwadze entuzjastyczne recenzje prozaku pisane przez Kramera i innych –  to to, że antydepresanty nie były wcale skuteczniejsze od tzw. gadających leków [ang. talking cure – określa się w ten sposób ozdrowienie pacjenta na skutek samego wyrażenia emocji związanych z traumatycznym wydarzeniem; terminu tego po raz pierwszy użyła słynna Anna O. (Bertha Pappenheim), pacjentka Józefa Breuera – przyp. tłum.], czy terapii kognitywno-behawioralnych, czy nawet starej psychoanalizy freudowskiej. Według niektórych badaczy, leczenie depresji i innych niedomagań jest skuteczne, jeśli jest, dzięki efektowi placebo, oczekiwaniem poprawy, która samo się wypełnia. Mój artykuł nosił tytuł Dlaczego Freud nie jest martwy. Choć daleko mi do bronienia psychoanalizy, przekonywałem, że psychiatria uczyniła niepokojąco mały postęp od czasów największej popularności teorii Freuda.

Patrząc wstecz sądzę, że moja krytyka psychiatrii była zbyt łagodna. Według Anatomy of an Epidemic (Crown Publishers, 2010), książki napisanej przez dziennikarza Roberta Whitakera, psychiatria nie tylko nie uczyniła żadnego postępu, ale nawet szkodzi wielu ludziom, którym zamierza pomagać. Anatomy of an Epidemic zostało zignorowane przez większość największych mediów.  Dowiedziałem się o niej przeczytawszy recenzję książki w czerwcowym wydaniu „The New York Review of Books”, napisaną przez Marcię Angell, byłą redaktorke pisma „The New England Journal of Medicine”, obecnie wykładowcę zdrowia publicznego na Harvardzie. Jeśli Whitaker ma rację, psychiatria amerykańska w zmowie z przemysłem farmaceutycznym dokonują największego przypadku jatrogenii – szkodliwego działania leczenia – w dziejach.

Whitaker pisze, że jeszcze w latach 50. XX wieku cztery największe zaburzenia umysłowe – depresja, zaburzenie lękowe, zaburzenie afektywne-dwubiegunowe i schizofrenia – często były jedynie epizodyczne i „samo zanikające”, tzn. większość ludzi z czasem zdrowiała. Ciężka, przewlekła choroba była uznawana za względnie rzadką. Jednak na przestrzeni ostatnich paru dekad ilość Amerykanów zdiagnozowanych z tymi chorobami podwyższyła się niebotycznie. Od 1987 roku odsetek populacji otrzymującej federalny zasiłek ze względu na chorobę umysłową więcej niż podwoił się. Pośród dzieci poniżej 18 roku życia, odsetek zwiększył się 35-krotnie.

Paradoksalnie epidemia ta współwystępuje z nagłym skokiem ilości przepisywanych leków psychiatrycznych. Między 1985 a 2008 rokiem sprzedaż antydepresantów i antypsychotyków zwiększyła się 50-krotnie, do 24,2 miliardów dolarów. Przepisywanie leków na zaburzenie afektywno-dwubiegunowe i niepokój również poszło w górę. Leki psychotropowe zażywa co ósmy Amerykanin, nawet jeśli liczyć dzieci i niemowlęta. Whitaker uznaje, że antydepresanty i inne leki psychiatryczne często dają krótkoterminową ulgę, co tłumaczy dlaczego wielu lekarzy i pacjentów tak głęboko wierzy w ich zbawcze skutki. Whitaker przekonuje jednak, że w dłuższym okresie czasu leki mogą uczynić pacjenta jeszcze bardziej chorym niż, gdyby w ogóle ich nie brał.

Whitaker zgromadził kliniczne dowody i indywidualne historie świadczące o tym, że gdy pacjent przestawał brać SSRI, depresja stawała się jeszcze dotkliwsza niż przed rozpoczęciem leczenia. Wielonarodowy raport z 1998 roku Światowej Organizacji Zdrowia związał długoterminowe zażywanie antydepresantów z wysokim ryzykiem długoterminowej depresji. SSRI odznaczają się szeroką gamą różnych skutków ubocznych, np. bezsenności, dysfunkcji seksualnych, apatii, skłonności samobójczych i manii, która może doprowadzić do zdiagnozowania i leczenia pacjenta na zaburzenie afektywne-dwubiegunowe.

Whitaker istotnie przypuszcza, że antydepresanty – podobnie jak ritalin i inne symulanty przepisywane na ADHD – odpowiadają za niedawny wzrost zachorowań na zaburzenie afektywne-dwubiegunowe. Choć zaburzenie dwubiegunowe było względnie rzadkie jeszcze pół wieku temu, potwierdzony odsetek zachorowań wzrósł ponad 100-krotnie, do 1 przypadku na każde 40 osób. Skutki uboczne wynikłe z przyjmowania litu i popularnych leków na zaburzenie dwubiegunowe to m.in. deficyty pamięciowe w uczeniu się i zdolnościach motorycznych. Podobnie,  benzodiazepiny takie jak valium i xanax, przepisywane na zaburzenia lękowe, są uzależniające; odstawienie tych uspokajaczy może prowadzić do bezsenności, apopleksji czy ataków paniki.

Szczególnie wstrząsająca u Whitakera jest analiza leczenia schizofrenii. Antypsychotyki, od thorazine do jej następczyni zypreksy, przyczyniają się do nabierania wagi, drgań cielesnych (nazywanych też dyskinezą późną) oraz, według niektórych badań, pogorszenie funkcjonowania kognitywnego i zmniejszenie mózgu. Jak pisze Whitaker, przed wprowadzeniem thorazine w latach 50. XX wieku niemal 2/3 hospitalizowanych pacjentów z powodu wystąpienia początkowych epizodów schizofrenii było wypuszczanych w ciągu roku, i większość z tej grupy nie wymagała dalszej hospitalizacji.

Na przestrzeni ostatniego półwiecza ilość ludzi, którym schizofrenia uniemożliwiła normalne życie powiększyła się 4-krotnie, ona sama zaś stała się w większości przypadków przewlekłą chorobą degeneracyjną. Prowadzone przez 40 lat przez Światową Organizację Zdrowia badanie wykazało, że schizofrenicy radzą sobie lepiej w biednych krajach, takich jak Nigeria lub Indie, gdzie rzadko przepisuje się antypsychotyki, nie zaś w bogatych krajach europejskich lub Stanach Zjednoczonych.

Badanie podłużne przeprowadzone przez Martina Harrowa, psychologa z Uniwersytetu w Illinois, wykazało ujemną korelację między leczeniem schizofrenii i pozytywnymi, długofalowymi skutkami. Zaczynając od lat 70., Harrow badał losy 64 noworozpoznanych schizofreników. 40% nieleczonych pacjentów wróciło do zdrowia – tzn. mogło prowadzić samodzielne życie – natomiast spośród leczonych do zdrowia wróciło jedynie 5%. Harrow przypuszczał, że pacjenci leczeni byli przede wszystkim na samym początku dużo bardziej chorzy, ale Whitaker sugeruje, że leczenie sprawiło, że stali się jeszcze bardziej chorzy.

Do głowy przychodzi kilka zarzutów wobec walki Whitakera przeciwko psychiatrii. Po pierwsze, jak przypuszcza Harrow, intensywnie leczeni pacjenci radzą sobie gorzej niż nieleczeni, gdyż istotnie są bardziej chorzy. Ponadto, ostatnie zwiększenie ilości zachorowań na choroby umysłowe może pochodzić, przynajmniej częściowo ze zniknięciem piętna związanego z nimi, co pchnęło wielu ludzi do szukania pomocy i otrzymania leczenia oraz wsparcia ze strony państwa. W swej recenzji Marcia Angell nazwała książkę Whitakera „przekonującą, jeśli nie rozstrzygającą”, co wydaje mi się słuszne. W każdym razie twierdzenia Whitakera warte są dalszego zbadania.

Chociaż Whitaker nie odnosi się do terapii elektrowstrząsowej, jej uporczywość uderza mnie jako kolejny objaw słabości współczesnej terapii. Wypadła z łask w latach 70. XX wieku, częściowo z powodu negatywnego sportretowania jej w filmie pt. „Lot nad kukułczym gniazdem” z 1975 roku, niemniej nadal 100 tysięcy Amerykanów jest poddawanych elektrowstrząsom. Badania sugerują, że terapia taka może przynieść tymczasową ulgę od ostrej depresji, jednak praktycznie wszyscy doznają nawrotu choroby jeśli nie są dalej leczeni. Obrońcy tej metody przekonują, że elektrowstrząsy mają niewiele skutków ubocznych, ale tegoroczny panel FDA zadekretował, że elektrowstrząsy nadal będą sklasyfikowane jako „bardzo ryzykowne”, gdyż mogą przynieść trwałą utratę pamięci i inne niekorzystne skutki uboczne. Jeśli SSRI i inne leki psychiatryczne byłby naprawdę skuteczne, elektrowstrząsy dawno już zostałyby wyrzucone na śmietnik nieudanych terapii psychiatrycznych.

Co więc stało się z synem Phila? Gdy Phil zadzwonił do mnie, powiedziałem mu, że gdyby mój syn miał skłonności samobójcze, nie godziłbym się na elektrowstrząsy, chyba, że lekarze przekonaliby mnie, że nie ma absolutnie żadnej alternatywy. Phil nie zgodził się na nie. Jego syn po opuszczeniu szpitala stopniowo odstawiał antydepresanty. Ciągle walczy z depresją i pali więcej marihuany niż życzyłby sobie tego Phil. Jednak będzie na tyle zdrowy, aby rozpocząć naukę na uczelni wyższej tej jesieni.

John Horgan, 18 września 2011

John Horgan jest dyrektorem Center for Science Writings w Stevens Institute of Technology. Jego następna książka, “The End of War” zostanie opublikowana w wydawnictwie McSweeney Books w listopadzie.

logo-z-napisem-białe