Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia

Dlaczego płaczemy?

Poradnik klinicysty

W miejscu katastrofy chilijskiej kopalni z 2010 roku, syn górnika, Florencio Avalos, rozpłakał się, gdy jego ojca w końcu bezpiecznie wydostano na powierzchnię. Tego samego miesiąca, babcia małej Caylee Anthony zapłakała nad śmiercią swojej wnuczki [niejasna śmierć tej 2-latki bardzo poruszyła opinię publiczną w Ameryce – przyp. tłum.]. W jaki sposób dwa tak odmienne wydarzenia – jedno radosne, drugie tragiczne – tak samo wywołały płacz?

Pytanie to zastanawia wielu klinicystów, w tym także tych, którzy są uważani za ekspertów w dziedzinie wyrażania emocji. Problem polega na tym, że niewielu z nas było uczonych teorii emocji. Nasze wyobrażenia o łzach i innych formach uwalniania emocji ciągle więc opierają się na myśleniu o „parze i czajniku” – powszechnym kulturowo, lecz absurdalnym pod względem biologii poglądzie, że emocje magazynują się jak energia, która, jak para, uwalnia się i szkodzi nam, gdy ciśnienie w naczyniu staje się zbyt wysokie, albo gdy zostanie ono nagle rozwarte. Nasz język codzienny jest pełen metafor „pary i czajnika”. Mówimy o „wypuszczaniu pary” (blowing off steam) o byciu „zalanym emocjami” (flooded with emotion), o „gotowaniu się” ze złości (boil over with rage), o „poczuciu pustki” (feel drained) po obfitym płaczu. Freudowska teoria katharsis jest właściwie modelem „pary i czajnika”, podobnie jak rozmaite terapie ekspresywne, takie jak psychodrama, terapia tzw. primal scream, doradztwo reewaluacyjne czy terapia Gestalt. Elementy teorii „pary i czajnika” są obecne również we współczesnych koncepcjach dotyczących regulacji, redukcji stresu i zarządzania gniewem.

Historia tej dziedziny badań nad emocjami datuje się do czasów, kiedy trepanowano czaszki w celu uwolnienia złych duchów, kiedy podawano środki przeczyszczające, aby usunąć toksyny z ciała, lub kiedy stosowano pijawki w celu oczyszczenia krwi. Pora na to, aby pozbyć się do reszty pozostałości po dawnych praktykach i wnieść XXI-wieczne rozumienie dynamiki emocji. Para i czajnik mogą mieć swój intuicyjny urok, jednak nie dają one odpowiednich narzędzi pomagania klientom poddanym dystresowi emocjonalnemu. Co więcej, nie dają nam odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie płaczą, gdy są szczęśliwi. Choć koncentrujemy się tutaj na emocjach, teoria, którą tu opiszemy, stosuje się również do innych form wyrażania emocji, takich jak napady śmiechu, drżenie ze strachu czy wybuchy gniewu.

2-etapowa teoria łez

Od strony fizjologii, łzy powodowane przez emocje pojawiają się wtedy, gdy zachodzi u człowieka szybkie przejście od aktywności systemu współczulnego do przywspółczulnego – od stanu wysokiego napięcia do okresu powrotu do równowagi i ozdrowienia. W zależności od warunków, człowiek opisuje takie przejście jako „poddanie się”, „odpuszczenie”, „załamanie” itp. Oczywiście, nic nie zostaje dosłownie „wypuszczone” w momencie zachodzenia zmian biofizycznych, chociaż poziom adrenaliny spada i w ciele słabnie napięcie.

Zmiana od pobudzenia do ozdrowienia niemal zawsze jest uruchamiana przez psychologicznie znaczące wydarzenie, takie jak to, gdy np. zagubione dziecko odnajduje swoich rodziców i gdy czuje się już bezpiecznie. Zwykle dziecko nie płacze, gdy zorientuje się, że jego rodziców nie ma przy nim; staje się raczej hiperczujne i zaczyna rozglądać się za swoim opiekunem. Gdy rodzice pojawią się znów – być może za rogiem następnego korytarza w supermarkecie – wtedy dopiero dziecko „poddaje się” i łzy zaczynają płynąć. Innymi słowy, łzy pojawiają się w drugim, przywspółczulnym etapie opisywanego cyklu. W pierwszym etapie, polegającym na zorientowaniu się w sytuacji i rozwiązaniu problemu, dziecko zwykle nie płacze. Dowody na występowanie takiego 2-etapowego cyklu znaleziono w wielu badaniach. Wykorzystując pomiary fizjologiczne, takie jak rytm bicia serca, naukowcy odkryli owo „przejście” z początkowego etapu pt. „ walcz-lub-uciekaj” do etapu przywspółczulnego powrotu do równowagi, w którym pojawiają się łzy.

Gdy rodzice odnajdą zagubione dziecko, często zastanawiają się, dlaczego wybiera ono właśnie ten czas na płakanie, kiedy już żadnego niebezpieczeństwa nie ma. Czasami pytają: „Już jestem, czemu płaczesz?” albo jeszcze gorzej: „Lepiej przestań płakać w tej chwili, albo zaraz dam ci inne powody do płaczu!”. Jednakże, reakcje fizjologiczne dziecka są całkowicie właściwe: szeroko otwarte oczy w etapie pierwszym i obfite łzy w etapie drugim. Rodzice powinni być zadowoleni, ponieważ płacz wskazuje na to, że dziecko pociesza ich obecność.

Chociaż 2-fazowy cykl pobudzenia-równowagi jest właściwie niezależny od biologii, pewne czynniki wpływają na czas zachodzenia etapów. Niektóre dzieci – w zależności od wieku, temperamentu i doświadczeń życiowych – będą płakały zanim rodzice pojawią się znowu. Mogą czuć się na tyle bezpieczne, aby „załamać się”, kiedy życzliwy pracownik obsługi weźmie je za rękę i pomoże. Małe dzieci często wybuchają „drugoetapowym” płaczem, gdy czują, że wyczerpały możliwości samodzielnego rozwiązania problemu, nawet gdy nie ma żadnego dorosłego w zasięgu oka. Pod względem ewolucyjnym, gotowość do takiego załamania jest bezwątpienia adaptacją mającą dać znać znajdującym się w pobliżu dorosłym, że potrzebna jest opieka. To działa dobrze, gdyż w normalnym środowisku przebywania dziecka (co biologowie zwykle nazywają „zwykłym przewidywalnym środowiskiem”; ang. average expectable environment), potencjalni opiekunowie znajdują się w zasięgu ucha. Łzy najczęściej są wywoływane w odpowiedzi na przyjazny gest, miły głos, znajomą twarz lub inny znak bezpieczeństwa. Z drugiej strony, niemal nigdy nie płaczemy w czasie trwania najgorszego kryzysu, w obecności wrogów, czy kiedy odczuwamy dojmujący smutek. Jeden z autorów przypomina sobie, że był poza miastem, gdy dowiedział się o śmierci ojca. Udało mu się zachować fason będąc w miejscu publicznym, wrócić do domu długą jazdą autobusową, a gdy ujrzał swoją matkę stojącą u progu domu – wybuchł płaczem. Bezsłowna wymiana spojrzeń dała obojgu odczuć, że rodzina przetrwa obecny kryzys; pozwoliła mu „odpuścić” sobie i wybuchnąć płaczem.

Chociaż nasza kultura stopniowo coraz bardziej staje się neutralna płciowo, mężczyźni ciągle mają więcej oporów przed płaczem w miejscu publicznym niż kobiety. Być może ze względu na swoje tradycyjny role wojowników i opiekunów czują się zobowiązani być niezłomnymi i unikają pokazywania znaków słabości wobec potencjalnych przeciwników. Dzisiaj toczy się walka w kinach w całym kraju. Gdy zapalają się światła pod koniec seansu „soczystej” komedii romantycznej, wielu mężczyzn czuje, że powinni mieć twarz z kamienia, aby nie być widzianym ze łzami spływającymi z policzków. Poprzez utrzymywanie napięcia twarzowego – przysłowiowego „usztywnienia górnej wargi” – mogą tymczasowo wstrzymać przejście do przywspółczulnej aktywności, wyszukiwać sobie innych tematów do rozmyślań. Mężczyźni mogą czuć, że „stracili” twarz, gdy po raz pierwszy rozpłakali się na terapii, i związany z tym wstyd jest czasem wystarczający, aby powstrzymać ich przed kontynuacją spotkań. Aby zapobiec takim reakcjom, zwykle ostrzegamy mężczyzn, że mogą czuć się „nieswojo” w związku z płaczem, ale że łzy w czasie terapii są dobrym znakiem, który wskazuje na odwagę i raczej siłę, niż słabość. Nie jest zaskakujące, że politycy-kobiety, np. Hilary Clinton, ciągle czują się zobowiązane, aby unikać okazywania publicznie silnych emocji, jeśli chcą być postrzegane jako silne przywódczynie.

Omówiliśmy już przykłady sytuacji, w których pojawiają się łzy; sytuacji gdzie rozwiązany problem pozwala systemowi „spocząć”. Jednakże, dorośli i dzieci czasem płaczą z powodu kłopotów, które nie zostały rozwiązane i prawdopodobnie nigdy nie będą. W takich przypadkach, łzy wskazują na to, że osoba taka przynajmniej tymczasowo poddaje walkę. Chociaż powszechnie nazywa się to „załamaniem”, my optymistycznie nazywamy to potencjalnym przełomem. Poprzez wycofanie się z obezwładniającego problemu, system może zaoszczędzić zasobów, zebrać się w sobie i ponownie stanąć do walki. Przypomina to odstawienie frustrująco trudnych puzzli na noc i ponowne przystąpienie do układania nad ranem, po porządnym wyspaniu się. Ponieważ zwykle płaczemy, gdy czujemy się bezpiecznie, łzy mogą sugerować gotowość do przyjęcia pomocy innych – terapeuty, małżonka czy innego sojusznika.

Lata temu, pewna pacjentka miała wypadek samochodowy.  Gdy tylko zdała sobie sprawę, że nie odniosła poważnych obrażeń, wysiadła z samochodu, chłodno oceniła sytuację i zaczęła pomagać innym pasażerom. Krótko po nadjechaniu karetki, usiadła na chodniku i zaczęła szlochać. Gapie obawiali się, że doświadczała spóźnionej traumy, ale niepotrzebnie. Przyjazd pomocy medycznej po prostu pozwolił jej na odsunięcie się na bok i pozbycie się napięcia na tyle, aby mocno zapłakać. Swoją drogą, ulga po płaczu nie ma nic wspólnego z ilością wylanych łez. Są to przywspółczulne zmiany związane z fazą powrotu do równowagi, co daje się odczuć jako dobre i pokrzepiające dla ciała.

Chociaż 2-etapowy powrót do równowagi jest niemal zawsze dobry dla systemu, wielu klinicystów przejawia „nadreakcję” wobec płaczu osoby dorosłej. Nasze ewolucyjne zaprogramowanie, w które jest wpisane wychowywanie dzieci, pcha nas do ratunkowego działania, gdy ktoś płacze. Czujemy się zobowiązani do pomocy, ale jeśli mamy do czynienia z dorosłym, to nie wiemy jak się zachować. Gdy żona znajomego przechodziła operację, spędził on cały dzień na chodzeniu w tę i z powrotem po korytarzu szpitalnym. Chirurg w końcu się pojawił i poprosił go na stronę. Gdy szedł w stronę chirurga, oczekiwanie osiągnęło poziom astronomiczny. Gdy chirurg oznajmił, że operacja poszła nadspodziewanie dobrze, mężczyzna ten osunął się na podłogę i zaczął łkać. Poprzez łzy dostrzegł na twarzy chirurga panikę. Później wyjaśniał: „Biedak nie wiedział, co ze mną zrobić. Stanął jak wryty. W końcu to ja musiałem uspokoić jego i zapewnić, że ze mną wszystko w porządku”. Niewątpliwie chirurg ten nie był przyzwyczajony do widoku płaczu u dorosłego mężczyzny, w szczególności w odpowiedzi na dobre wieści. Łkanie u niego było wyraźną oznaką „spoczęcia” systemu i rozpoczęcia procesu uzupełniania zasobów uszczuplonych długim okresem stresu.

Podobnie jak chirurg w tej historii, klinicyści często czują potrzebę zadziałania i „naprawy” czegoś, co się nie zepsuło. Często to jedynie pogarsza sprawę. Tak więc, zgodnie z naszym teoretycznym modelem i doświadczeniem klinicznym, proponujemy pewne wskazówki w radzeniu sobie z dorosłymi klientami, którzy płaczą. Pierwszą zasadą jest powstrzymanie się przed zalaniem pacjenta bezładną powodzią głaskania i uścisków. Jeśli sam niedawno płakałeś, może pamiętasz, jak krępujące było to, gdy każdy pochylał się nad tobą, kiedy chciałeś mieć jedynie spokój. Płaczący człowiek potrzebuje odosobnionego miejsca, w którym mógłby się odprężyć, przetrawić myśli i uczucia; wariackie zainteresowanie nie pomoże. To jest właśnie najgorszy czas na zasypywanie ich pytaniami, dlaczego płaczą albo co się stało złego. Będzie na to mnóstwo czasu później.

Ponieważ impuls do „zrobienia czegoś” jest silny, musimy pamiętać o tym, by samemu odprężyć się w obecności płaczącego dorosłego i pozwolić, aby człowiek pozbierał się dzięki naturalnemu biegowi ku równowadze. Kiedy pojawia się płacz, nie powinno być pośpiechu do robienia postępów w czasie sesji. W ciągu lat, naszą mantrą terapeutyczną stało się: „Gdy płyną łzy, dzieje się coś ważnego”. Albo miał miejsce znaczący przełom, albo – jak wskazaliśmy wcześniej – człowiek zarzuca sposób postępowania, który nie dawał owoców.

Dobrą zasadą ogólną jest to, że tak długo jak łzy płyną swobodnie, nie musisz nic robić. Jeśli siedzisz wystarczająco blisko (i relacja na to pozwala), to OK – możesz lekko dotknąć ramienia osoby płaczącej, aby dać znać, że jesteś cały obecny. Na tej samej zasadzie możesz podać chusteczkę lub gestem wskazać pudełko. Cokolwiek więcej może być natarczywe i szkodliwe.

Bez wątpienia należy powstrzymać chęć – biorącą się z własnego niepokoju – aby bagatelizować łzy („Nie ma powodu, aby płakać!”) albo bezpodstawnie pocieszać („Wszystko będzie dobrze!”). Nawet profesjonaliści, którzy powinni już to wiedzieć, czasem czują przynaglenie, aby powstrzymać pacjenta przed płaczem, jakby to miało sprawić, że problem sam zniknie. Przypomina to trochę naprawianie samochodu poprzez odłączania kabla odpowiedzialnego za światełko informującego o konieczności sprawdzenia silnika.

Chcemy, aby klienci nie odcinali się od własnych doświadczeń, więc łagodnie staramy się odwodzić ich próby tłumaczenia się ze swoich łez, uzasadniania ich czy przepraszania za nie („Przepraszam, nie chciałem”). W takim momencie werbalna wymiana myśli jest wrogiem – im mniej, tym lepiej. Jeśli klient przeżywa właśnie epizod płakania, najlepiej będzie powstrzymać się od nieskrępowanych interpretacji, nawet jeśli jesteś pewien, że trafiasz w sedno.

Gdy płacz w końcu cichnie, zwykle pytamy: „Co za myśl pozwoliła ci się wypłakać?”. Takie pytanie zwykle wywołuje jeszcze więcej płaczu (i przyczynia się zarazem do redukcji stresu). Proszę zwrócić uwagę na to, że używamy wyrażenia „pozwoliła się wypłakać”, a nie „co sprawiło, że płaczesz”. Nauczyliśmy się tej subtelnej pozytywnej konotacji od Harveya Jackinsa, wynalazcy doradztwa reewaluacyjnego (ang. Re-evaluation Counseling), eksperta od mechanizmów wyrażania emocji. Jackins uważał, że paradoksalnie najlepszym sposobem na to, aby pomóc pacjentowi wyrazić własne emocje, jest spytać go o jego myśli. Zamiast pytać: „Jak się czujesz?”, pytaj: „O czym myślisz?”. Pytanie o uczucia zbyt często wywołuje odpowiedź zbyt generalną, niesprecyzowaną („Czuję się smutny”) lub nieprzydatny opis wrażeń cielesnych („Czuję tępy ból w brzuchu”). Z drugiej strony, zapytanie o myśli przybliża nas do obrazów i wspomnień, które wspomagają przejście od niepokoju do równowagi. Dla przykładu, bolejący syn, w odpowiedzi na pytanie o czym myśli, odrzekł: „Cały czas widzę przed oczyma, jak siedzimy z tatą w łódce razem. Przepraszał mnie, bo nie złapaliśmy żadnej ryby. Chciałem powiedzieć mu, że to nic nie szkodzi, ale nie mogłem wydobyć z siebie tych słów. Jak mogłem nigdy mu nie powiedzieć, jak bardzo go kocham?” Proszę zwrócić uwagę, że jako uczestnicy-obserwatorzy zwykle przeszacowujemy czas tego, jak długo klient płacze. Kilka minut płaczu może wydawać się wiecznością i sprawić, że terapeuta zacznie się zastanawiać, czy pacjent w ogóle kiedyś przestanie. Płacz się zawsze w końcu kończy. Należy pamiętać, że płacz jest naturalnym, adaptacyjnym procesem i najlepszym wyjściem jest pozwolić się wypłakać. Niektórzy ludzie wydają się mieć niewyczerpywalne źródło łez, częściowo przez swoją labilność. Mogą karać siebie samych za „załamywanie się” za każdym razem, gdy płaczą. To sprawia, że powstaje cykl rosnącego i opadającego napięcia, co skutkuje okresami samokrytycyzmu przerywanych atakami płaczu.

Definiowanie emocji

Dokładne definicje emocji są rzadkością w literaturze psychologicznej. Przeczytaliśmy mnóstwo książek o roli emocji w terapii, w których ten termin nawet nie jest definiowany. Brak wyraźnej definicji hamuje rozwój teorii i praktyki, więc postaramy się wypełnić tę lukę. Uważamy, że termin „emocja” powinien być zarezerwowany dla postaw ciała i czynności hormonalnych (ang. hormonal setting) , które stanowią konieczną podporę naszych działań. Na przykład, walka jest działaniem wysoko emocjonalnym, wymagającym podwyższonego poziomu adrenaliny i napiętych mięśni; spanie, stan nisko emocjonalny, działa dokładnie odwrotnie. W ten sposób, można wyrysować optymalny biofizyczny i emocjonalny profil dla każdego rodzaju działań.

W naszym języku codziennym, mówimy tak, jakbyśmy przeżywali emocje jedynie raz na jakiś czas, np. wtedy, gdy odczuwamy coś bardzo mocno, np. obezwładniającą beznadzieję, dotkliwy strach lub niszczący gniew; niemniej, w naszym leksykonie, wszystko co robimy jest podszyte emocjami, wliczając gotowanie kolacji, czytanie powieści czy wynoszenie śmieci. Nawet spokojne i rozważne rozwiązywanie problemów wymaga specyficznego dostrojenia cielesnego: jeśli jest się zbyt pobudzonym, nie można się skupić; jeśli jest się zbyt rozluźnionym, traci się problem z oczu. Tak więc, jak zauważa biolog Humberto Maturana, „rozumienie” powinno być uważane za normalny i bardzo istotny stan emocjonalny. Używa on terminu „emocjonalne zaprzeczenie” w celu opisania tymczasowego niezgrania biochemii i występujących warunków. Na przykład, przychodzimy do domu po sprzeczce z kolegą z pracy. Żona czeka na progu domu i oczekuje czułego pocałunku. Jednak, ponieważ myślami ciągle jesteśmy przy tym, co stało się w biurze, nie możemy się przestawić na tyle szybko, aby stać się czułymi. Walka i związki międzyludzkie wymagają odmiennych postaw ciała i czynności hormonalnych i biochemia potrzebuje trochę czasu, aby nadgonić. Więc póki co, najlepsze co możemy zrobić, to zdawkowy całus, któremu być może towarzyszy krótkie wytłumaczenie, dlaczego nie jesteśmy w nastroju.

Technicznie rzecz biorąc, łzy, śmiech, wściekłość czy drżenie, nie są emocjami: są zewnętrznymi przejawami zmian neurofizjologicznych. Jak opisywaliśmy wcześniej, łzy są uruchamiane przez przejście z układu współczulnego do przywspółczulnego. Bez wchodzenia w szczegóły, możemy dodać, że śmiech jest oczekiwaną odpowiedzią na rozwiązanie niepewności, wściekłość jest żywą formą protestu, a drżenie jest sygnałem oznaczającym strach.

Jeśli emocje są jedynie czynnościami biofizycznymi, a łzy, śmiech, wściekłość i drżenie jedynie przejawami zmian biochemicznych, dlaczego tak wielu klinicystów w dalszym ciągu wierzy w to, że wyżywanie się na poduszkach i inne rytuały oczyszczające mają ozdrowieńczą moc? Przeprowadzony lata temu pomysłowy eksperyment psychologii społecznej rzuca nieco światła na ten problem. Uczestnicy zostali najpierw obrażeni. Potem otrzymywali sposobność do wyrównania rachunków z osobą obrażającą bezpośrednio lub biernie słuchając, jak ktoś inny bronił ich reputacji. Jak się okazało, nie miało znaczenia, jak wiele własnej energii człowiek zużył na rekompensowanie swoich krzywd; gdy tylko poczuli, że rachunki zostały wyrównane, ich nastrój powracał do stanu normalnego. Najważniejsza była odbudowa szacunku do samego siebie, nie ilość energii spożytkowanej na obronę samego siebie. Pokazuje to, że rytuały takie jak wyżywanie się na poduszkach są korzystne tylko, o ile pozytywnie wpływają na dobre samopoczucie. Jeśli kontekst społeczny jest właściwy, ludzie mogą czuć się silniejsi i skuteczniejsi, jak udają wyrównywanie rachunków ze swoim szefem (reprezentowanego przez poduszkę).

Alexis została niespodziewanie zwolniona z pracy, w której była od 20 lat. Co gorsze, w czasie gdy pakowała swoje rzeczy, do eskortowania jej i odprowadzenia do drzwi został przydzielony strażnik. Nie dano jej nawet szansy na to, by pożegnać się z kolegami z wydziału. Później otrzymała pocztą pantoflową wiadomość, że przyczyną zwolnienia była jej niechęć do zaadaptowania się do zmian. Była wściekła za każdym razem, gdy wspominała ten dzień. Jej reputacja została niesprawiedliwie nadszarpnięta i nie mogła też bronić swych praw w sądzie. Nie miała szansy opowiedzenia swojej wersji historii albo szukania zadośćuczynienia za krzywdy, które, jak czuła, zostały jej zadane. Z naszej perspektywy, wcale nie „zmagazynowała” swojego gniewu na późniejsze „uwolnienie” go. Gniew pojawia się na nowo, gdy wspomina to, co zaszło. Takie wspomnienia mogą wytworzyć postawy i pociągnąć za sobą pewne czynności hormonalne podobne do tych, które powstały za pierwszym razem, chociaż nie zawsze w tej samej skali.

Zapisanie się na terapię grupową było dla Alexis pożyteczną rzeczą, gdyż pozwoliło jej to zrozumieć własną sytuację. Członkowie grupy wspierali ją i sami opisywali, jak doznali na sobie nadużyć korporacji. Dowiedziała się od innych, że odprowadzania zwolnionego pracownika pod eskortą strażnika jest standardową praktyką w niektórych branżach. To, jak ją potraktowano, nie było szczególnym afrontem w stosunku do niej. Odkryła, że nie ona jedna miała wątpliwości co do swojej wartości, gdy została zwolniona, mimo, iż do tamtej pory jej kariera była udana. Poprzez terapię grupową, odzyskała pewność siebie i wróciła na rynek pracy. W tym przypadku wyżywanie się na poduszkach i wykrzykiwanie w wyobraźni epitetów pod adresem szefa nie było konieczne: wystarczało, gdy otrzymała akceptację społeczną, by uleczyć swoje zranione „ja”. Ponieważ otoczenie społeczne jest bardzo ważne dla końcowego rezultatu, może być błędem podążanie za radami obrońców „pary i czajnika” odnośnie wartości wyrażania wszystkich emocji. Jeden z autorów miał za zadanie rozwiązać eksperymentalny problem związany z dormitorium w akademiku. W trakcie pierwszego spotkania, jeden ze studentów czuł, że musi „zrzucić z siebie ciężar” tego, że jeden ze współlokatorów, wzbudził jego seksualne zainteresowanie. Było to koszmarem dla obsługi budynku – heteroseksualny student zażądał natychmiastowego przeniesienia do innego pokoju, a zdruzgotany student homoseksualny zagroził samobójstwem i był na krótko hospitalizowany. Był to koniec grupowych spotkań dormitoryjnych. Korzyści i ryzyko związane z wyrażaniem emocji zależy niemal całkowicie od okoliczności sytuacji społecznej.

Emocjonalna neutralność łez

Chcielibyśmy teraz wrócić do pytania, które postawiliśmy we wstępnym paragrafie: jak radosne i smutne wydarzenia mogą tak samo wywoływać łzy? Ludzi zastanawia to pytanie, ponieważ automatycznie równają łzy ze smutkiem. W rzeczywistości łzy nie są ani oznaką radości ani smutku; są jedynie przejawem przejścia od pobudzenia do równowagi. Etykietki nadawane im całkowicie zależą od okoliczności, w których zachodzą. Na przykład, łzy syna chilijskiego górnika zostaną nazwane „łzami ulgi” lub „łzami radości”; w kontraście do tego, łzy wylewane przez Cindy Anthony, babcię Caylee, będą niewątpliwie uznawane za „łzy żalu”. Te dwie sytuacje nie są tak odmienne, jak to się wydaje. W obu przypadkach, wzmożone napięcie poprzedza wydarzenie, które wywołuje biofizyczne przejście. Syn górnika martwił się o dobrostan ojca, ale nagle poczuł ulgę, gdy zobaczył zdrowego ojca wychodzącego na powierzchnię z kapsuły ratunkowej. W przypadku Anthony, mamy mniej informacji na temat przebiegu wydarzenia. Nawet, gdybyśmy mogli spytać ją o to w tym czasie, być może nie byłaby nawet w stanie precyzyjnie wyrazić przyczynę, która wywołała u niej łzy. Dzieje się tak dlatego, że w czasie trwania epizodu płaczu, ludzie są zbyt uwikłani, aby móc analizować to, co się stało. Jednak można przypuszczać, że była pod wpływem znaczącego stresu w czasie rozmowy z prasą na temat śmierci swojej wnuczki. Łzy mogły być wywołane przez życzliwą wypowiedź dziennikarza albo przez chwilową myśl o miłym wydarzeniu z Caylee. Jeśli chce się wywołać przejście do układu przywspółczulnego u klientów, którzy ponieśli jakąś stratę, dobrze jest spytać ich o przyjemne lub radosne wspomnienie z osobą, której już nie ma. To z większym prawdopodobieństwem wywoła łzy niż opis pogrzebu lub okoliczności związanych ze śmiercią tej osoby. Życiowe wypadki mogą być trudne do bieżącego analizowania, więc uznaliśmy za pożyteczne, aby badać pojawianie się łez o ludzi oglądających kluczowe sceny w różnych sztukach i filmach. Na przykład klasyczny musical Rodgersa i Hammerstain pt. „King and I”. W scenie finałowej, Anna - która ma właśnie opuścić królewstwo z powodu niezgody z królem – dowiaduje się, że król umiera i czuje, że musi go odwiedzić. Widzowie są smutni – bo król jest chory – i zmartwieni, że spór między nim a Anną nie zostanie rozwiązany. Chociaż te wydarzenia wywołują napięcie, to nie wywołują łez. Gdy Anna odwiedza króla, najpierw król ruga ją za zrezygnowanie z pracy z jego dziećmi, a potem przypomina jej, że ona opuszcza kraj ze swej własnej woli, a on „po prostu… odchodzi”. W następującym dialogu, Anna i król subtelnie dają sobie do zrozumienia wzajemną miłość i podziw, a widzowie czują, że urazy między nimi zostają uleczone. W kluczowym momencie król nakazuje swemu najstarszemu synowi, dziedzicowi tronu, aby rozpoczął wydawanie królewskich edyktów, żeby uczyć się sztuki rządzenia. Chłopiec na początku wydaje rozkaz, aby Nowy Rok świętować poprzez wyścigi na łódkach (bo lubi na nich pływać). Później, już bardziej się wahając, nakazuje, aby członkowie dworu już nie gięli się przed nim w ukłonach „niczym ropuchy”, ale kłaniali się do pasa, co bardziej odpowiada godniejszej zachodniej tradycji. Myśląc, że może posunął się za daleko, książę zwraca się do ojca po otuchę: „Czy jesteś na mnie zły, mój ojcze?”, na co król odpowiada: „Czemu o to pytasz? Ty jesteś królem. Nie pytasz o zdanie chorego człowieka – ani kobiety! (I wskazuje palcem na Annę). Decyzja o ukłonach wydaje mi się być twoim błędem!” Anna mówi: „Taką mam nadzieję, wasza wysokość. Taką mam nadzieję”. Widownia płacze.

Widownia płacze nie dlatego, że się smuci. Łzy zawsze dotyczą czegoś konkretnego: obrazu, myśli czy wspomnienia, które narusza pewną psychologiczną i neurofizjologiczną równowagę. W tym przypadku, łzy płyną, ponieważ król w końcu przyznaje – zanim jest na to za późno – że kocha Annę i że odegrała ona istotną rolę w dziejach królestwa. Jednak nie byłoby właściwe powiedzieć, że są to łzy jedynie smutku wynikłego z nadchodzącej śmierci króla. Emocje – co dla życia jest równie prawdziwe, jak dla sztuki – są zbyt skomplikowane, aby je ująć w ramy. W całej sztuce da się odczuć ciągłe napięcie między nowoczesną Anną, jej właściwym dla Zachodu spojrzeniem na równość kobiet i mężczyzn oraz staroświeckim Królem, którego dobre serce konfliktuje ze sposobem, w jaki rządzi królestwem. Świat się zmienia, czujemy pewną ulgę, że nowy, patrzący w przyszłość młody król jest lepiej przygotowany na wprowadzenie narodu w nową erę. Łzy zaczynają płynąć, gdy widzimy jak Anna i król przeżywają w końcu chwilę, w której każde na swój pośredni sposób daje do zrozumienia, co dla siebie znaczyli i jaka więź ich łączyła. Możemy wyjść z teatru ze łzami w oczach, w końcu uwolnieni z napięcia, w jakim trzymała nas ta wzruszająca sztuka, i pójść do domu w poczuciu bycia trochę pełniejszym.

Jay Efran, Mitchell Greene,   „Psychotherapy Networker”

Jay Efran, Ph.D. to emerytowany profesor psychologii na Temple University. Jest współautorem Language, Structure and Change: Frameworks of Meaning In Psychoterapy oraz The Tao of Sobriety. Kontakt: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.   Mitchell Greene, Ph.D, to psycholog kliniczny prowadzący praktykę prywatną w Wayne w stanie Pennsylwania.

logo-z-napisem-białe