Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia

Płacz terapeutyczny. W pochwale największego sekretu terapii

Zbyt wielu terapeutów myli ozdrowieńczy płacz z pozbawioną nadziei rozpaczą wywoływaną przez przeżywanie na nowo traumatycznych wydarzeń w procesie terapeutycznym.

Zbyt dużo klinicystów jest nieświadomych różnicy między płaczem terapeutycznym – wyjątkowo silnym, leczniczym doświadczeniem przyswojenia i spontanicznego przeżycia emocjonalnych wspomnień – a sytuacjami, w których klient czuje się zmuszony walczyć z obezwładniającym problemem, który przekracza jego zdolności radzenia sobie i sprawia, że czuje się słaby. To jest tak, jakby terapeuta widział znak ostrzegawczy za każdym razem, gdy klient zaczynać wkraczać na niebezpieczne terytorium, gdzie hasłem jest „Uważaj na retraumatyzację!”. W ich dobrodusznym, lecz błędnym mniemaniu, że klient przez to będzie jeszcze bardziej cierpiał i przestanie brać udział w terapii, niektórzy terapeuci nie dostrzegają wartości płaczu terapeutycznego w uśmierzaniu bólu i łagodzeniu chronicznych objawów. Co jest najbardziej zaskakujące, to to, że tylko minuta lub dwie silnego płaczu może dokonać pozytywnych zmian, chociaż stanie się tak raczej u osób, które nie przechodziły przez wiele bolesnych doświadczeń i/lub zaniedbanych emocjonalnie.

Ułatwienie płaczu terapeutycznego nie jest procesem skomplikowanym. Przez większość czasu, im mniej terapeuta robi, tym lepiej. Oto przykład. Pewna kobieta, będąca w małżeństwie od 2 lat, zadzwoniła do kliniki, w której pracowałem i powiedziała, że czuje dystans emocjonalny do swojego męża i że potrzebuje porady małżeńskiej. Po dwóch sesjach dla obojga, zaplanowałem kilka następnych dla samej żony. Na początku jednej z sesji, opisała nieprzyjemne spotkanie z mężem, koncentrując się nad jego przebiegiem, pobieżnie omawiając występujące wówczas emocje. Spytałem ją, czy może powiedzieć coś więcej na temat tego, jak się wtedy czuła. Po chwili namysłu, spróbowała, ale widziałem, że walczy z silnymi, jeszcze nie wyrażonymi emocjami. Czując, że na tym poziomie znajomości mogę już zaufać naszej relacji, spytałem najbardziej wspierającym tonem, na jaki mogłem się zdobyć: „Proszę spróbuj jeszcze raz”. Jej pierwszą reakcją było zapatrzenie się ponad moim ramieniem w okno. Po paru sekundach, buzia zaczęła jej drgać, ręce uniosła do twarzy i zaczęła gorzko łkać. Trwało to przez 30 sekund, później łzy płynęły przez kolejną minutę.

Gdy przestała płakać, wyrzuciła chusteczki do kosza i spojrzała prosto na mnie z jaśniejącym wzrokiem. Bez sekundy zawahania stwierdziła: „Czuję, że mam nową zabawkę. Tą zabawką jestem ja!”. „Nowa zabawka” znaczyła, że miała teraz głęboki dostęp do tego, co już dawno czuła, że jest w niej, ale bała się to badać w obawie przed bólem. Strach przed otwarciem się sprawiał, że czuła dystans do męża. Moje zapoznanie się z płaczem terapeutycznym miało miejsce, gdy jako początkujący terapeuta zobaczyłem 30-letnią kobietę, która zaraziła się polio w wieku 6 lat. Choroba zaatakowała tylko jej nogi. Musiała posługiwać się kulami i wózkiem. Była oddzielona od swojego męża, żyła z rodzicami i 8-letnią córką. Żyła z małego dochodu osiąganego dzięki drobnym pracom wykonywanym w domu. Jej mąż, próbując napełnić ją winą za pozbawienie go córki, nękał ją listami i telefonami, w których groził porwaniem dziecka. Wierzyła, że mówi poważnie.

Kobieta ta skontaktowała się z nami, gdy przestała opuszczać dom w głębokim strachu, że coś strasznego się stanie, jeśli wsiądzie do samochodu, albo gdy zrobi parę kroków w którąś stronę. Nigdy wcześniej nie bała się samochodów i całkiem sprawnie nauczyła się unikać poważnych urazów spowodowanych upadkami. Miała wcześniej dwóch terapeutów, którzy nie zdołali jej pomóc. Przeczytawszy papiery i zapisy nie miałem żadnego pojęcia, co odpowiadało za jej niepokój. W czasie kilku pierwszych sesji w domu jej rodziców słuchałem uważnie i zachęcałem do mówienia o czymkolwiek, co jej przyjdzie do głowy. W końcu, gdy poczuła, że może mi zaufać, zwierzyła się z tego, że zachorowała na polio w młodym wieku. Chociaż miało to miejsce 24 lata wcześniej, dla niej było to jak dzień wcześniej. Jej ulubiony dziadek, prawdopodobnie ktoś jej najbliższy, odwiedził ją, gdy już można ją było odwiedzać. Zaczął płakać i powiedział, jak mu jest przykro. Gdy nie przyszedł następnego dnia, zapytała mamy dlaczego. Najwyraźniej niezbyt myśląc nad doborem słów, jej mama odpowiedziała: „Tego dnia, gdy cię odwiedził, doznał ataku serca i umarł”.

Gdy moja pacjentka obudziła się następnego ranka, łóżko obok jej łóżka stało puste. Chłopiec w jej wieku, z którym się przyjaźniła, również zarażony polio, znikł. Zapytała pielęgniarki, co się z nim stało. Odparła, że „Bóg go wezwał zeszłej nocy” i – niechaj będzie błogosławiona – „On zabiera tylko dobre dzieci”. Następnego razu, gdy szła na leczniczą kąpiel w maszynie, obawiała się, że to wirujące i dudniące monstrum rozerwie ją na strzępy i kawałki rozrzuci po pokoju. Zaczęła krzyczeć, wrzeszczeć i miotać się, więc musiała być przytrzymana. (To nie jest terapeutyczny płacz – to jest wymuszona reakcja walcz-lub-uciekaj.) Każda późniejsza kąpiel – a było ich wiele – miała dokładnie ten sam przebieg.

Moja pacjentka opowiedziała to wszystko w ciągu 20 minut, zapłakała mocno kilka razy, kilka razy była na skraju, ale potem poczuła głęboką ulgę. Wszystko to wypłynęło z niej, do tej pory mocno schowane. Płakała, bo bała się, że to ona była przyczyną śmierci dziadka i że będzie za to ukarana. Zrozumiała, że próby wmówienia jej winy przez męża odnośnie córki i groźby porwania przywołały te trudne wspomnienia. W toku dalszych sesji, płakała z powodu kilku innych, mniej traumatycznych zdarzeń, za które wzięła odpowiedzialność. Kilka miesięcy później zgłosiła się do państwowej instytucji pracy w poszukiwaniu posady jako stenotypistka. Jej doradca załatwił zaliczkę na samochód z dźwigniami, specjalną kierownicą i hamulcami. Znalazła stałą pracę i jeździła do pracy, w której kilka miesięcy później znalazła przyszłego męża.

W jaki sposób terapeuta może pomóc osiągnąć płacz terapeutyczny? To bardzo proste: mieć bardzo duży szacunek dla tego naturalnego procesu i być cierpliwym. Łzy mogą pomóc człowiekowi ozdrowieć po bolesnych doświadczeniach życiowych, tak jak zwykła rana na ciele może się wygoić. Stworzenie właściwych warunków ku terapeutycznemu płaczowi zaczyna się od wytworzenia więzi opierającej się na zaufaniu i bezpieczeństwie umożliwiającym klientowi podzielienie się swoim bólem, niezależnie od tego, jak głęboko on tkwi. Poprzez tą więź i doświadczenie uwolnienia emocji, ludzie mogą odnaleźć części samych siebie, których bali się zrozumieć i zaakceptować. Płacz terapeutyczny angażuje sekwencję układu współczulnego i przywspółczulnego. Pierwsza faza charakteryzuje się narastaniem symptomów nieprzepracowanej krzywdy jeśli towarzyszy temu poczucie przebywania we wspierającym środowisku. Choć klient może wyglądać, jakby był rozstrojony, w głębi istnieje poczucie, że dzieje się coś istotnego. Z braku przymusu, aby ujawnić więcej, niż chce, klient staje się współpracującym uczestnikiem. Z nieustającym wsparciem od terapeuty, pierwsza faza osiąga psychofizjologiczny szczyt intensywności i natychmiastowo przechodzi w drugą fazę – regeneracji. Gdy to się odbywa, podwyższone odpowiedzi fizjologiczne pikują w dół i reakcje psychologiczne z pierwszej fazy – strach i/lub niepokój – zostają zastąpione przez doświadczenie na nowo bolesnego zdarzenia lub jego fragmentu tak, jakby ono odbywało się teraz. Jednocześnie pacjent doświadcza terapeutycznego uwolnienia emocji. Płacz terapeutyczny, najpotężniejszy środek leczniczy, który znam, działa najlepiej, gdy wspiera się go szacunkiem i wrażliwą opieką. W dobie masowości i sprotokolizowanej psychoterapii, musimy zawsze pamiętać, że płacz może pojawić się tylko wtedy, gdy pacjent czuje, że terapeuta jest wystarczająco zainteresowany nim jako człowiekiem, a nie traktuje go jedynie jako kogoś przejawiającego objawy, które należy nazwać i wyleczyć.

Jeffrey Von Glahn

Jeffery Von Glahn, Ph.D. z Ann Arbor w stanie Michigan dowiedział się o leczniczej mocy płaczu, gdy klient poprosił o długoterminowe sesje niestrukturalizowane, które pozwolą procesowi leczniczemu rozwinąć się wedle rządzących nim mechanizmów. Książka pt. „Jessica: The Autobiography of an Infant” jest rezultatem ich wspólnej pracy. Kontakt: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

logo-z-napisem-białe